Wówczas do uszu Basinych doszedł spokojny głos męża: - Dobrze! Głos ów nadzwyczajnej dodał jej otuchy, pisnęła jeszcze cieniej i poczęła klęski szerzyć z zupełną już umysłu przytomnością
On na dobrym koniu, Boże daj! - powtarzał z rozpaczą w duszy. Otóż strach go brał, czy się jej nie wydał małym. - Przez jutro wypocznę - rzekł - a pojutrze ruszę. Przypadki księdza Grosera - Dobrze! A twoi ludzie wrócili? - Część ostała dla grzebania ciał, reszta jest ze mną. - Chciałżebyś waść jeszcze w pole wyruszyć? - Zali myślisz, że nie zechcę sławną śmiercią sławnego żywota zapieczętować po tylu latach służby? A co mi się godniejszego zdarzyć może? Znałeś pana Dziewiątkiewicza? Ten, prawda, że nie wyglądał więcej jak na sto czterdzieści lat, ale miał sto czterdzieści dwa i jeszcze służył. - Tyle Angielczykowie na naszą elekcję zważają, ile na twój przyjazd- odparł Zagłoba. Na to Wołodyjowski pochylił się prędko do ucha Krzysi i rzekł: - Zaklinam waćpannę, byś siadła ze mną...
Wysłaniec jej przyjechał na dwór hetmański dopytywać, czy kto z dworzan czego o małym rycerzu nie wie. Ale siostra nie chciała pozwolić i mówiła dalej, jakoby młynek turkotał: - Tuśmy stanęły, bo nie było gdzie indziej. No! Nic to! stare dzieje... Lecz ona upierała się z nim jechać. Urzekająca - Wszystkie komendy ciągły związek między sobą utrzymywać muszą- objaśnił pan Michał. Po czym spytał głośno: - Rodzic waćpana w których stronach żywie? - Na Litwie - odparł czerwieniąc się Mellechowicz. herbu Miesiąc Zatajony! Proszę! godny klejnot...
Nie dalej jak o pół mili musi leżeć przytajony. Już się o niego nie upominał jako o swego człowieka. Po chwili znaleźli się oboje w komnacie. Sam najlepiej wiesz, czy ci to nie za rychło! Wołodyjowski na to: - Już mi i umrzeć nie za rychło! Pan Sobieski przeszedł się kilkakrotnie po komnacie, następnie zatrzymał się nad małym rycerzem i położył mu poufale rękę na ramieniu. Bóg z tobą! Już też zostaniesz z nami... Jan Grzegorczyk Żeś zaś na zdrowiu, jako nas wieść doszła, szwank poniósł, przeto człowieka posyłam, aby cię, miły, oczyma ujrzał i pociechę nam przyniósł. Moja pani! toż na mojej głowie pół Rzeczypospolitej spoczywa! Zali ja mam nawet czas myśleć o czym innym jak de publicis.
Wołodyjowski podniósł w jednej chwili przemocą biedną płaczkę i posadził ją na powrót na sofie, sam zaś począł chodzić jak błędny po komnacie. Jednak się wreszcie zmogła i poczęła mówić spokojnie, chociaż bardzo prędko. - Koza to jeszcze; tamta gdzie stateczniejsza! - Drohojowska węgierska śliwka, istna węgierska śliwka! Ale tamten orzeszek!... Nie wartam takiego, jak waćpan, człowieka i nigdy nie byłam warta... Przypadki księdza Grosera Krzysia nic nie odrzekła. Nieraz zdawało się jej, że widzi wyraźnie ludzi i konie. Raz go u księcia Jeremiego wyprosiłem.
- Niech mi za progiem wolno będzie jeszcze raz powitać - mówił po drodze. Wszystko to zapomniane, nawet i to, żeś cudzą, prywatną zawiść contra me protegował. - Bogdaj grób mój był nie gdzie indziej, ale na tej ziemi, która wszystko mi dała, co dać mogła. Urzekająca Kmicicowie zostali we Wodoktach nie spodziewając się rychłej od Wołodyjowskiego wiadomości i zupełnie nowym gościem, który się do Wodoktów obiecywał, zajęci. Ketling podniósł się pierwszy i począł szeptać, bo w kościele nie śmiał podnosić głosu: - Patrz pani na one aksamitne oparcia: są na nich ślady, gdzie wspierały się głowy obojga królestwa. Kto żyw, na elekcję się wybiera, ale nasze strony będą z panem marszałkiem koronnym. To Tatarczuk.
Ale co się miało stać, to się już stało, bo w nieszczęściu prędka rezolucja. Słysz, panie Bogusz, wy myśleli, że ja mały człek, a ja nie taki mały, jako się Nowowiejskiemu, tutejszemu komendantowi, oficyjerom i wam, panie Bogusz, wydało! Ot, ja nad tym dzień i noc myślał, aż wychudł, aż mi twarz wpadła - patrz waszmość! - i sczerniała. „Tobie, ojczyzno!” - rzekł w duszy pan Wołodyjowski dziwiąc się zarazem, jak hetman mógł tak bystrze tajne jego myśli przeniknąć. Za czym ból mu głos zdławił, więc czoło wsparł o poręcz ławy i począł szeptać przez zaciśnięte wargi: - Boże! Boże! Boże!...Panna Basia dopilnowała jednak Wołodyjowskiego, żeby ją „fechtów” uczył, on zaś nie odmówił, bo po kilku dniach, choć zawsze wolał Drohojowską, jednak i Baśkę bardzo polubił, ile że zresztą trudno jej było nie lubić. Na on głos pojawił się drugi mnich i zabrawszy list, oddalił się z nim w milczeniu, pan Zagłoba zaś złożył na ławce zawinięcie, które miał ze sobą, po czym siadł sam i sapać począł mocno. Mają rozkaz na wiosnę do Adrianopola wszyscy ruszać i żywności co najwięcej ze sobą brać. Rozwidniło się tymczasem zupełnie.